Entropia głupoty

Panszpik z zaciekawieniem obserwuje wszystko co go otacza. Próbując scharakteryzować obserwowane zjawiska, musi czasem uciec się do pionierskich metod analizy. Rzecz tyczy głównie niepojętej wręcz fali głupoty. Głupoty wcale nie pospolitej czy chaotycznej…głupoty wysoko rozwiniętej,  uorganizowanej…głupoty o malejącej entropii*!

Wydawać by się bowiem mogło że w dobie powszechnego dostępu do informacji ciężko będzie wtłoczyć w umysły potencjalnych klientów idee których wiarygodność jest cokolwiek wątpliwa. Nic bardziej mylącego…cały świat, opleciony wszechobecną siecią, wkracza dumnie w erę dezinformacji. Dzięki wiernej armii ślepo zapatrzonych w markę fanów (Apple)**, instynktu stadnego lub zwyczajnego przyswajania opinii pseudoekspertów z dziedziny o której czytelnicy nie mają zielonego pojęcia, bzdury mnożą się w sieciach społecznościowych szybciej niż grzyby na tygodniowym pozostawionym w wilgotnej piwnicy (nie tyczy się to rzecz jasna „chlebów” z hipermarketów). Przeanalizował więc panszpik zachowanie Homo shareicus

  1. Produkty marki Apple, czyli białe jest piękne
    Pan Steve Jobbs dobrych parę lat temu (wnikliwi zauważą że od tego czasu nie zmienił jeansów ani sweterka) wpadł na genialny w swej prostocie pomysł…Pomysł zaczerpnięcia z  jądra darmowego systemu paru kawałków, dołożenia fascynującego wyglądu i sprawienia by system działał stabilnie*** tylko na pięknym, białym sprzęcie Apple. W wytykaniu „przełomowych rozwiązań technicznych” pole oddaję wspomnianemu Ogrodnikowi.
    Zasada działania wirusa: zwyczajni klienci Apple nie istnieją. Każdy szanujący się użytkownik staje się po zakupie czcicielem marki i dopiero długa dyskusja (lub śladowe ilości krwi w alkoholu interlokutora) zmusza ewangelistę do przyznania się że tak naprawdę jego MacBook „jest trochę wolny i się wiesza”.
  2. Zakupy grupowe czyli droga ale zabójczo skuteczna reklama
    Portale oferujące niesamowite zniżki z racji podpisania z kontrahentem umowy na sprzedaż dużej liczby usług/towarów danego typu ciężko już w polskim internecie policzyć, choć liczą się tak naprawdę dwaj gracze. Miliony użytkowników dostają codziennie (jeśli się zarejestrują) newsletter z gorącymi ofertami zniżek od  50% do absurdalnych 90%. Wielu z nich kupuje okazję która się nie powtórzy**** i poleca zakup znajomym (jeśli kogoś skuszą, dostają 10zł w bonie na zakupy wewnątrz portalu).
    Mało kto zwraca uwagę na kilka szczegółów:
    – oferowane są głównie rzadko dostępne usługi, których cenę ciężko porównać z rzeczywistą wartością
    – najwięksi polscy gracze pobierają od reklamujących się w ten sposób firm 30-35% od każdego sprzedanego kuponu
    – o ile panszpik pamięta każdy lubi sprzedawać z zyskiem, więc 90% upustu oznaczałoby że kupujemy jeden z tysiąca telefonów ukradzionych z ciężarówki lub jesteśmy zwyczajnie kantowani…po liczbie sprzedawanych przedmiotów wnioskuję że nieliczni sprawdzają cenę produktu w sklepach internetowych (która zwykle jest o 30-40% niższa od „fantastycznej oferty”, nie wspominając nawet o ofertach portali aukcyjnych)
    Wskutek całego zamieszania krocie zarabiają portale zakupowe, co nie zawsze można powiedzieć o przedsiębiorcach wybierających taką formę reklamy. Ci, którzy sprzedają usługę „po kosztach” padają, bo zbyt duża liczba sprzedanych kuponów skutecznie blokuje świadczenie usług po zwykłej cenie.
  3. Homeopatia czyli słodki interes
    Nie jest wcale odkryciem ostatniego stulecia fakt iż ludzie skłonni są zapłacić zbyt wiele lub uwierzyć w byle bzdurę jeśli wydanie pieniędzy lub dopełnienie rytuału sprawi że będą zdrowi (lub przynajmniej na chwilę zapomną że tak nie jest). Homeopatia święciła tryumfy odkąd leczenie arszenikiem (który pomagał niemalże tyle co szkodził) ktoś mądry (i później zapewne bogaty) postanowił zastąpić medykamentem sporządzanym wedle przepisu będącego wariacją na temat poniższej formuły:
    …weźmisz czarno kure…wątrobę jej odejm o pełni miesiąca…skrawek o paznokcia małego wielgości do korca wody wrzuć i pierwej trzy razy w lewo wnet trzy razy w prawo na jedwabnej poduszce okręć…z wody kroplę w srebrnym naparstku ujmij i do nowego korca rzuć przez ramię…
    W czasach pierwszej świetności homeopatii preparaty przygotowywane przez wielokrotne (naprawdę wielokrotne*****) rozcieńczenia substancji aktywnych (a czasem niekoniecznie) dawały pożądane efekty ponieważ chory odstawiał arszenik (oraz święcie wierzył w to, że woda lub cukier „zapamiętują” właściwości leku i działają tak jak on). Nawet dziś firmy (głównie  jedna firma) produkujące takie środki przędą całkiem nieźle a nawet publikują wyniki badań (w poważnych czasopismach naukowych typu „Journal of homeopathy”). W końcu z jednej kaczej wątroby (zapewne zakupionej jeszcze przed wojną) i cukru są w stanie produkować specyfik na gardło przez około milard lat po planowanym końcu świata. Sądząc po wierze jako gwarancji działania „leku” w zaświatach też mogą spodziewać się niezłych zysków.
  4. Opaski na rękę czyli kurde balans!
    Przy lekturze pierwszych doniesień oraz (o ironio!) przeglądaniu pierwszych ofert zakupów grupowych ogarnął pana szpika spazmatyczny śmiech…Ustąpił on jednak dość szybko chęci wykonania gestu „facepalm” wszystkimi kończynami…najpierw swoimi, potem całej najbliższej rodziny. Producenci silikonowych opasek na rękę z hologramem wmówili setkom tysięcy rodaków (a wcześniej naszym sojusznikom zza oceanu) że produkt będący „najnowszym odkryciem w swojej dziedzinie” , wyposażony w „dwuosiowo zorientowany dysk holograficzny naładowany 1000 jonów ujemnych” (Horacy byłby dumny) idealnie współgra z polem energetycznym człowieka, likwiduje negatywne bodźce ze środowiska i poprawia kondycję (głównie kondycję finansową dystrybutora). Kilkadziesiąt tysięcy fanów na Facebooku, setki sprzedawanych miesięcznie opasek, kupionych kilka twarzy polskiego sportu…Mimo przyznania się firmy która handlowała cudem w Australii że skutki działania opaski powerbalance to fikcja.
    Jak to się nadal sprzedaje? Nawet kiedy po zakupie wynalazku widzisz że jego działanie polega jedynie na uwieraniu w nadgarstek, w życiu nie przyznasz się przed znajomymi…Lub nawet zaczniesz widzieć jak działa na Ciebie te tysiąc jonów (czy jest na sali chemik?). Pomija panszpik badania naukowe bo właściwie nikt nie wie jak zbadać tak skomplikowane ustrojstwo i jego wpływ na wszechświat.
  5. Urządzenia stabilizujące aurę człowieka, neutralizatory „złych promieni z komórek”
    Na fali mody na wellness można w sieci trafić nawet na urządzenia które sterują działaniem układu odpornościowego, czyszczą mieszkanie z wszelkiego promieniowania elektromagnetycznego (oczywiście nie zaburzając sygnału sieci komórkowej, która jak powszechnie wiadomo opiera się na Dick’owskich protofazonach) poprawiają aurę użytkownika czy miejscowo neutralizują promieniowanie kosmiczne. W kolejce po te ostatnie stali ponoć niegdyś konstruktorzy teleskopu Hubble’a. Wszystkie łączy kilka cech, ot choćby „w pełni kontrolowane parametry >>pola neutralizującego<< które wytwarzają” oraz „potwierdzona badaniami emisja” jakiegoś sygnału. Łączy je też to, że najczęściej są cewkami elektrycznymi podpiętymi do baterii zegarkowej i zamkniętymi w fikuśnym pudełku (niestety kolor biały i logo z jabłkiem są już zajęte).

Przeanalizował panszpik serię przypadków i stwierdził, że zgodnie z podejściem naukowym powinien przetestować wszystko na własnej aurze skórze. Założył na ręce po 4 opaski, uruchomił 3 neutralizatory pola, zjadł 240 gramów granulek i włączył zakupiony wczoraj zestaw zabawek z jabłuszkiem…Teraz siedzi przed monitorem i czeka na maila od zaprzyjaźnionych kosmitów, którzy obiecali zabrać go na Kh’htang kiedy tylko ich napędzane głupotą silniki osiągną wystarczająco niski poziom entropii.

_______________________________

*Entropia to wielkość fizyczna opisująca nieuporządkowanie układu. W dużym uproszczeniu można ująć to tak:
Jeśli panszpik trzyma w ręku dwa pojemniki z bobem (nie pytajcie czemu wybrał bób) i potrząsa jednym z nich, drugi trzymając w bezruchu, to ten potrząsany charakteryzuje się większą entropią układu (oczywiście do czasu kiedy bób się zorganizuje i podejmie działania mające na celu amortyzację wstrząsów).

**w tym miejscu musi panszpik polecić trzeźwe i złośliwe spojrzenie na „innowacje” Apple w wykonaniu Ogrodnika Januarego

***lub nie

****przez najbliższe kilka dni w obrębie tego samego portalu

*****Przyklad: jeśli cały znany wszechświat napełnilibyśmy kuleczkami Oscillococcinum (rozcieńczenie 200C) to zapisanie prawdopodobieństwa że znajdziemy w tych miriadach kulek jedną cząsteczkę substancji aktywnej w formie 0,0000…% zajęłoby dobrych kilka stron tego bloga

Greyhound Serenade, part II*

[powinienieś zacząć tu, czytelniku]

…Przejechanie przez granicę nie oznaczało wcale zerwania z polską rzeczywistością. Przecież niemały kawałek zabraliśmy ze sobą w postaci autobusu, pasażerów, nawigacji, kabla do nawi…(tu następuje fragment którego nawet chińska cenzura, mimo niezrozumienia alfabetu łacińskiego, by nie przepuściła).

Całe szczęście mamy mapę…prawda? Jak się okazało mapa była: Polski i krajów ościennych.  Nieistotnym wydaje się fakt, że zgodnie z nią przez Słowację przebiega 6 głównych dróg a cały teren kraju jest jednorodnie biały. Ci, którzy na hasło zaczynające się na k** wykrzyczane przez kierowców otworzyli oczy mieli przez parę następnych godzin zapewnione niezłe widoki i całkiem przyzwoitą dawkę adrenaliny.

Jak się okazało nie da się przejechać przez Słowację bez :

  • wielokrotnego zjeżdżania z drogi szybkiego ruchu
  • wielokrotnego wracania na drogę szybkiego ruchu
  • blokowania zjazdów z drogi szybkiego ruchu poprzez parkowanie na pasie zjazdowym
  • zawracania na drodze szybkiego ruchu „na trzy”***
Wszystko zmieniło się kiedy kierowcom udało się zakupić kabel do nawigacji i wrócić na trasę, od której byliśmy całkiem daleko, sądząc po opóźnieniu. Na miejscu bardzo sprawnie przewieźli nas do hostelu z wolnymi miejscami (w „zarezerwowanym” nie było wystarczającej ilości wolnych łóżek). Jednak poza drobnymi**** uchybieniami organizatora cały pobyt panszpik ocenia bardzo pozytywnie…Wspominałem już o braku mikrofonu w autobusie? 😛
P.S. Polacy nie lubią marudzić, panszpik świetnie się bawił pisząc ten wpis 😉

_______________________________________________

* Greyhound | Serenade
** nie chodziło o kierownicę ani o kołpak
*** autobusy mają to do siebie, że „na trzy” oznacza precyzyjnie:
„na sześć i pół, Stasiek wyjdź z autobusu i pokazuj czy jeszcze mogę bo tu za barierką jest całkiem spory rów…taki z małą osadą i owcami na dole”
**** kolega pana szpika zarzeka się że kiedyś widział naprawdę drobnego słonia

Greyhound Serenade, part I*

Panszpik ruszył w drogę. Następne Godziny miały pokazać, że nawet w nocnym autobusie do Budapesztu można sporządzić notatkę, która posłuży później do stworzenia tego wpisu…

Kiedy panszpik dojeżdżał pod PKiN, Godziny właśnie wstawały znad stolika na którym precyzyjnie wyrysowały to, co niebawem będą mi prezentować. Rzecz jasna został panszpik ostrzeżony jeszcze przed wejściem do pojazdu, kiedy to kierowcy byli całkiem pewni dokąd jadą (czytaj: dowiedzieli się od nas). Niemniej jednak wszedł na pokład z podróżnikami, którzy sami siebie określili ekipą „z przetwórni wypraw”. Nazwa byłaby pewnie niezłą parafrazą nazwy biura podróży gdyby nie fakt, że część pasażerów słowa „parafraza” nie znała…

Nie miał panszpik w czasach licealnych zbyt wiele sposobności aby zasiadać na końcu autokaru, więc jak tylko nadarzyła się okazja, zaanektował miejsca dla siebie i swojej drugiej połówki (niezwiązanej ze styczniowym wpisem). Jak można było przypuszczać, za nami i obok nas przysiedli ci, którzy siedzieli „na tyle” już dobrych parę lat.

Pierwsza myśl – może by się tak położyć? Zmienił więc panszpik konformację i przybrał kształt leżący gdzieś pomiędzy faworkiem a kłębkiem włóczki i zaczął liczyć…Z braku owiec czytając numery miejsc naklejone taśmą samoprzylepną na szyby autobusu. Nie pomogło.

Koledzy z tyłu wpadli na genialny pomysł mający już w wpisem ze stycznia więcej wspólnego i zaczęli hołdować polskiej tradycji za pomocą naczyń szklanych wypełnionych cieczą w 40% palną. Po spożyciu należytej (i ciut więcej) ilości trunku zaczęła się piękna serenada złożona z wielu powtórzeń…

[dla łatwiejszego odbioru zapis pozbawiono czknięć, beknięć, prychnięć i spontanicznych wybuchów radości przez nos]

…kiedy będzie postój? ale bym zapalił…<pana szpika boli ramię>…ciekawe ile do granicy? ale bym zapalił…<pana szpika boli w krzyżu>…a może zapalimy w kiblu?…nieee…w kiblu nie ma okna…<pana szpika boli głowa>…trzeba pójść do kierowcy, on też palący to się zatrzyma…ile już jedziemy? <panszpik ma chęć sprawić by tych z tyłu coś zabolało>…ale dobra wódka nie? a tania była...a gdzie przekraczamy granicę?…może tam staniemy? <panszpik rezygnuje z pomysłu po porównaniu masy bicepsa sąsiada za sobą z masą całego swojego ciała>

Zadziwiające jak wiele iteracji tego cyklu można zmieścić na trasie z Warszawa – Chyżne…Po przekroczeniu granicy Godziny przewidziały jednak jeszcze kilka niespodzianek…[c.d.n]

_______________________________________________

* Greyhound | Serenade [może nie jechał panszpik Greyhoundem, ale inspiracja „Black dog serenade” zobowiązuje do dwuczęściowego wpisu…]

śmieciowa demokracja

Statystyczny student, poza tym, że istnieje tylko na papierze, ma jeszcze jedną właściwość…Produkuje śmieci

Produkuje je w dość zaskakujących ilościach (szczególnie w porównaniu do statystycznej ilości jedzenia jakie spożywa). Co więcej, z reguły wynosi ich znacznie mniej niż wytwarza. Niektórzy sądzą, że brakujące atomy zwyczajnie wbudowują się w strukturę zamieszkiwanego pomieszczenia (teoria ta jest mocno wsparta faktem systematycznej redukcji ilości wolnej przestrzeni w pokoju studenckim).

Teoria integracji nie piętnuje jednak zjawiska kolekcjonowania rzeczy mniej potrzebnych w szufladach (zwanego chomikowaniem) ani kolekcjonowania rzeczy zupełnie niepotrzebnych na podłodze (znanego także jako robienie burdelu [tą część wpisu uznano komisyjnie za niestosowną oraz ocenzurowano]).

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy są niewątpliwe korzyści płynące z owych zjawisk:

  1. korzyści materialne
    nierzadko zdarza się, że w stercie tak zwanych śmieci znajdowana jest rzecz, która niewątpliwie jest jeszcze potrzebna (lub chociaż przynależy do rzeczy „chomikowalnych”)
  2. korzyści społeczne
    podczas planowania sposobu pozbycia się góry odpadków zawiązują się nowe alianse, czasem jednak dość nietrwałe i znikające w kontenerze wraz z przyczyną ich zawiązania
  3. korzyści dla świata nauki
    zawartość worka (małych stosów na dywanie, zapieczonych ziemniaków na dnie garnka, który przywarł do linoleum w kuchni etc.) jest bardzo często przedmiotem intensywnych badań chemicznych, biologicznych a w bardziej zaawansowanych stadiach nawet socjologicznych*

W późnych stadiach rozwoju pojawia się jednak problem:

Próby wyniesienia śmieci kończą się demonstracjami społeczności worka 😛

______________________________________________

*w tym miejscu należy zwrócić uwagę na demokratyczny ustrój wnętrza worka, całkowicie wolny od segregacji rasowej…Workowa społeczność rzadko dzieli się na kasty, a aluminiowa puszka po napoju wszelkim i butelka PET mogą bez ograniczeń zamieszkiwać w worku na odpady komunalne

kuskus w tubce

Pomija panszpik notorycznie zakup pasty do zębów (mimo, że coraz mocniej ściskana tubka krzykiem prosi już o litość), zakup proszku do prania odsuwa się każdego dnia dalej (a sterta ubrań z łazienki zdaje się być coraz bliżej)…Poznaje w końcu smak spaghetti bez makaronu do spaghetti (canelloni, świderki i muszelki też ujdą…ale kuskus?).

Zazdrości panszpik czasem umiejętności ogranizacyjnych pewnej babci, którą spotkał w pociągu…

Babci wręcz perfekcyjnie przygotowanej do podróży. Wyposażonej w garść słoiczków o różnej zawartości spożywanych w drodze oraz tajemniczą ściereczkę, pełniącą kolejno rolę:

  • serwetki kładzionej na bose stopy w czasie spiekoty
  • chusteczki do wycierania twarzy
  • ściereczki do wycierania śliwek
  • talerzyka na pestki (wyłączając te, które trafiły we współpasażerów w czasie drylowania owoców)
  • chusteczki do wycierania twarzy
  • zawiniątka na klucze sprytnie chowanego  w biustonosz

Nic nie było w stanie pani zaskoczyć…Nawet mucha, która zainteresowała się zawartością słoiczka numer siedem, została błyskawicznie spacyfikowana przy pomocy łyżki (wytartej następnie w ściereczkę).

„Chyba jednak wolę takie codzienne niespodzianki” pomyślał panszpik przygotowując się na kolejne zmagania z tubką pasty (kuskus niemiłosiernie włazi między zęby) 😛

Człowiek w gazowej masce

Film zawsze pociągał pana szpika…nie tylko od strony biernej, ale i czynnej…zawsze miał pan szpik ochotę zagrać „Rannego Łosia” lub „Krzak numer 4” w jakiejś znaczącej produkcji…(zresztą raz już się wygłupiał w [nawet wpadającym w uch] teledysku C-mon & Kypski)

…I oto, nagle pojawiła się możliwość wygłupów przed kamerą połączonych z możliwością udziału w cokolwiek ciekawym projekcie…

Postanowili bowiem przypomnieć o sobie panowie Ridley Scott i Kevin Macdonald…Recepta jest prosta: zrobić nowatorski dokument na festiwal Sundance, ale skupić się tylko na montażu…niech użytkownicy Youtube nakręcą go sami…Dodatkowym plusem jest oczywiście promocja wśród społeczności lubiącej oglądanie spiraconych teledysków 😛

„Life in a day”, bo tak się projekt nazywa, ma dokumentować jeden dzień z życia mieszkańca Ziemi…Sama inicjatywa niezła, ponoć nie trza nawet mówić po angielsku…Patrząc jednak na statystyki wysyłki widzę, że będą mieli panowie spore problemy z nadreprezentacją mieszkańców JUESofEJ. Aby pomóc twórcom, panszpik, pod postacią „Człowieka w gazowej masce” (zawsze lepsze to od kubełka z KFC z napisem „Funeral„), dorzucił swoje sekundy do wielkiego pudła ludzi.

________________________________________________

* Wprawne oko zauważy, że na Youtube wiszą jeszcze dwa filmy, niewarte jednak załączania

** Wprawniejsze oko dostrzeże, że kręcił panszpik te filmy raczej dla siebie…i za nic ma sobie ewentualną kwalifikację do finalnej wersji filmu

Tymochowicz Gate

…kopie zapasowe (szczególnie w biznesie) są w cenie…Chomikujemy sobie dokumenty, czasem kopie filmów i muzyki (nie zawsze będąc w posiadaniu oryginału :P)…Poniekąd kopiujemy też samych siebie, pisząc blogi i obnażając się na facebooku…Jednak umożliwienie utrwalenia danej osoby na styku rzeczywistości (realnej i wirtualnej; zawsze w tej kolejności) pana szpika zaciekawiło…

Nie pamiętam już jak na nową zabawkę pana Tymochowicza trafiłem, jednak stało się, wylądowałem na stronie logowania do SOLARIS GATE (ke?) i zacząłem drążyć…

No więc pan Tymochowicz, jako prezes giełdowej spółki Infinity, proponuje nowy, płatny (ke? pisane boldem) portal społecznościowy o (z pozoru przynajmniej) odmiennej formule…Cudo to ma rzekomo gromadzić dane użytkownika w sposób inteligentny i oparty na skomplikowanych algorytmach (w natchnionym opisie produktu nie stroni pan Piotr od tych długich, trudnych słów :P), dodatkowo ma umożliwiać zdeponowanie próbki DNA w postaci cebulki włosa.

Wszystko po to, by użytkownik żył wiecznie (!?), a z pozostawionych informacji korzystali potomni (do poziomu rozmowy z wirtualnym dziadkiem włącznie)…Dziwne, prawda? Za dziwne uznało to zjawisko także środowisko giełdowe: w czasie debiutu spółki na NewConnect zanotowała ponad 60% spadek.

Pan Piotr jednak dopiął swego (tak jak wcześniej przy kreowaniu polityka z „kogoś z ulicy”; patrz: dokument „Jak to się robi”). Dzięki awatarowi będzie mógł Tymochowicz szkolić wiele osób naraz, a po drugiej stronie Atlantyku może nawet znaleźć naiwaniaków płacących równowartość 97 zł za założenie konta i 57 zł rocznego abonamentu 😛

Najcenniejsze zaś jest dla ojca tego przedziwnego tworu to, że się o nim mówi…a autor tego bloga, mimo, że sam portal uważa za arcykomiczny, docenia strategię twórcy 😉

%d blogerów lubi to: