Greyhound Serenade, part II*

[powinienieś zacząć tu, czytelniku]

…Przejechanie przez granicę nie oznaczało wcale zerwania z polską rzeczywistością. Przecież niemały kawałek zabraliśmy ze sobą w postaci autobusu, pasażerów, nawigacji, kabla do nawi…(tu następuje fragment którego nawet chińska cenzura, mimo niezrozumienia alfabetu łacińskiego, by nie przepuściła).

Całe szczęście mamy mapę…prawda? Jak się okazało mapa była: Polski i krajów ościennych.  Nieistotnym wydaje się fakt, że zgodnie z nią przez Słowację przebiega 6 głównych dróg a cały teren kraju jest jednorodnie biały. Ci, którzy na hasło zaczynające się na k** wykrzyczane przez kierowców otworzyli oczy mieli przez parę następnych godzin zapewnione niezłe widoki i całkiem przyzwoitą dawkę adrenaliny.

Jak się okazało nie da się przejechać przez Słowację bez :

  • wielokrotnego zjeżdżania z drogi szybkiego ruchu
  • wielokrotnego wracania na drogę szybkiego ruchu
  • blokowania zjazdów z drogi szybkiego ruchu poprzez parkowanie na pasie zjazdowym
  • zawracania na drodze szybkiego ruchu „na trzy”***
Wszystko zmieniło się kiedy kierowcom udało się zakupić kabel do nawigacji i wrócić na trasę, od której byliśmy całkiem daleko, sądząc po opóźnieniu. Na miejscu bardzo sprawnie przewieźli nas do hostelu z wolnymi miejscami (w „zarezerwowanym” nie było wystarczającej ilości wolnych łóżek). Jednak poza drobnymi**** uchybieniami organizatora cały pobyt panszpik ocenia bardzo pozytywnie…Wspominałem już o braku mikrofonu w autobusie? 😛
P.S. Polacy nie lubią marudzić, panszpik świetnie się bawił pisząc ten wpis 😉

_______________________________________________

* Greyhound | Serenade
** nie chodziło o kierownicę ani o kołpak
*** autobusy mają to do siebie, że „na trzy” oznacza precyzyjnie:
„na sześć i pół, Stasiek wyjdź z autobusu i pokazuj czy jeszcze mogę bo tu za barierką jest całkiem spory rów…taki z małą osadą i owcami na dole”
**** kolega pana szpika zarzeka się że kiedyś widział naprawdę drobnego słonia

Greyhound Serenade, part I*

Panszpik ruszył w drogę. Następne Godziny miały pokazać, że nawet w nocnym autobusie do Budapesztu można sporządzić notatkę, która posłuży później do stworzenia tego wpisu…

Kiedy panszpik dojeżdżał pod PKiN, Godziny właśnie wstawały znad stolika na którym precyzyjnie wyrysowały to, co niebawem będą mi prezentować. Rzecz jasna został panszpik ostrzeżony jeszcze przed wejściem do pojazdu, kiedy to kierowcy byli całkiem pewni dokąd jadą (czytaj: dowiedzieli się od nas). Niemniej jednak wszedł na pokład z podróżnikami, którzy sami siebie określili ekipą „z przetwórni wypraw”. Nazwa byłaby pewnie niezłą parafrazą nazwy biura podróży gdyby nie fakt, że część pasażerów słowa „parafraza” nie znała…

Nie miał panszpik w czasach licealnych zbyt wiele sposobności aby zasiadać na końcu autokaru, więc jak tylko nadarzyła się okazja, zaanektował miejsca dla siebie i swojej drugiej połówki (niezwiązanej ze styczniowym wpisem). Jak można było przypuszczać, za nami i obok nas przysiedli ci, którzy siedzieli „na tyle” już dobrych parę lat.

Pierwsza myśl – może by się tak położyć? Zmienił więc panszpik konformację i przybrał kształt leżący gdzieś pomiędzy faworkiem a kłębkiem włóczki i zaczął liczyć…Z braku owiec czytając numery miejsc naklejone taśmą samoprzylepną na szyby autobusu. Nie pomogło.

Koledzy z tyłu wpadli na genialny pomysł mający już w wpisem ze stycznia więcej wspólnego i zaczęli hołdować polskiej tradycji za pomocą naczyń szklanych wypełnionych cieczą w 40% palną. Po spożyciu należytej (i ciut więcej) ilości trunku zaczęła się piękna serenada złożona z wielu powtórzeń…

[dla łatwiejszego odbioru zapis pozbawiono czknięć, beknięć, prychnięć i spontanicznych wybuchów radości przez nos]

…kiedy będzie postój? ale bym zapalił…<pana szpika boli ramię>…ciekawe ile do granicy? ale bym zapalił…<pana szpika boli w krzyżu>…a może zapalimy w kiblu?…nieee…w kiblu nie ma okna…<pana szpika boli głowa>…trzeba pójść do kierowcy, on też palący to się zatrzyma…ile już jedziemy? <panszpik ma chęć sprawić by tych z tyłu coś zabolało>…ale dobra wódka nie? a tania była...a gdzie przekraczamy granicę?…może tam staniemy? <panszpik rezygnuje z pomysłu po porównaniu masy bicepsa sąsiada za sobą z masą całego swojego ciała>

Zadziwiające jak wiele iteracji tego cyklu można zmieścić na trasie z Warszawa – Chyżne…Po przekroczeniu granicy Godziny przewidziały jednak jeszcze kilka niespodzianek…[c.d.n]

_______________________________________________

* Greyhound | Serenade [może nie jechał panszpik Greyhoundem, ale inspiracja „Black dog serenade” zobowiązuje do dwuczęściowego wpisu…]

%d bloggers like this: