pararecenzja…

…wpisu tego nie sposób nazwać recenzją…ciężko też przypisać go jednoznacznie do którejś z kategorii…bo i film, który tu opisuję jest…no właśnie-jakie jest „Moje Winnipeg” Guya Maddina?

Dzieło kanadyjskiego reżysera ociera się o stylistykę paradokumentu, śledztwa dziennikarskiego czy autobiografii w takim samym stopniu co o kino noir i i produkcje propagandowe…i sprawia krytykom problemy podobne do tych generowanych przez grupę The Mars Volta.

Winnipeg z pogranicza snów i wspomnień Maddina można zobaczyć w kinach studyjnych, od dziś także w jednym z naszych kin (patrz tagi). Dziwi mnie tylko niska frekwencja na premierowym seansie w Toruniu – na widowni było całe sześć osób…dwie z nich podejrzewam o pracę w kinie. Może to kwestia słabej promocji? Ech, gdyby nie facebook…

Szkoda, bo film jest zdecydowanie wart obejrzenia…Specyficzne poczucie humoru i, przede wszystkim, genialna realizacja to największe atuty tej nietypowej produkcji…która obrana z dygresji i artystycznej otoczki nie opowiada właściwie żadnej historii…

…i tu jest właśnie maestria – opowiadać o czymś 80 minut, wzbudzić zachwyt (przynajmniej części) widzów a jednocześnie uniemożliwić im zrecenzowanie dzieła 😛

Reklamy
%d blogerów lubi to: